- Głupstwo, niech się pan tym nie przejmuje, kochany dyrektorze. Od dwudziestu lat tak się kłócą, znane historie. Lepiej potem tańczą. Ona pohisteryzuje, on ją tego... i w porządku. Odmładzają się w ten sposób. Aha, nie widział pan gdzie przypadkiem mego syna?

W ostatnich latach Janusz Kotowicz bywał częstym gościem "Monopolu", lecz dzisiejszego wieczoru nigdzie go do tej pory Słomka nie zauważył.

- Szelma chłopak! Pieniądze miał mi przynieść. Obracamy, wie pan, jak się da gotówką. Trzeba z czegoś żyć. Z samej sztuki człowiek się nie utrzyma. Gdyby miał pan kiedyś w tej dziedzinie jakieś, że tak powiem, dezyderaty, polecam się zawsze. Z pierwszej ręki. Pojęcia pan nie ma, jaki łeb do interesów ma ten chłopak. Trzeba zajrzeć do naszych artystów.

Gdy poniósł w głąb korytarza swoją wspaniałą głowę, Słomka spojrzał na zegarek. Okazało się, że do przyjścia zamówionej Stefki miał nie więcej niż pięć minut czasu. Zajrzał jednak do baru.

Mała salka, pusta prawie przed kwadransem, zapełniła się teraz ludźmi. Przy bufecie, popychając się nawzajem i hałasując, tłoczyli się goście z dużej sali, młodzi przeważnie chłopcy i dziewczęta, którzy w przerwie pomiędzy tańcami przyszli tu napić się wódki. Większość z nich już się dobrze znała, ci zaś, którzy się jeszcze nie zbliżyli, szybko się przy krążących kieliszkach zaznajamiali, tworząc jedną przyjacielską kompanię, podnieconą i rozgorączkowaną. Dziewczęta brzydkie były i niezgrabne, źle ubrane, uczesane jednakowo, z lokami i czubami wysoko spiętrzonymi nad czołem. Zdrowi i rośli, o przedwcześnie dojrzałych, zblazowanych twarzach chłopcy, poubierani w dziwaczną mieszaninę cywilnych części garderoby z innymi, wojskowymi pochodzenia niemieckiego jeszcze albo rosyjskiego czy amerykańskiego, dowalali się do dziewcząt na całego. Niektórzy nieźle już mieli w głowach.

