- Bujda, wcale nie byłem chory.

- Udawałeś, co? Ja też chciałem, ale mnie Malinowski spędził. Kiedy idziesz do budy?

- Ja już nie pójdę do szkoły. - Co, tak w ogóle nie (s. 150)?

- Tak. Wyjeżdżam. Chciałem ci to właśnie powiedzieć. Jak chcesz, możesz jechać ze mną.

- Wyjeżdżasz? Ale... ale dlaczego wyjeżdżasz? - Nie mogę zostać po tym, co się stało.

- Żeśmy uciekli? Przecież to jeszcze nic takiego. Zajączek nas ochrzani, obniżą stopień i to wszystko.

- Samo to, żeśmy uciekli, to pewnie, że jeszcze nic. Ale stało się później coś gorszego... Paskudnie się zaplątałem. - Nic nie rozumiem. Gadajże po ludzku.

- Ale nie będziesz mną gardził ani nikomu nie powiesz? - No, nie.

- Nikomu? - Nikomu. - Daj słowo.

- No, daję, daję.

- Więc, jak wiesz, najpierw udawałem chorego na nerkę. - Na nerkę? A to skąd ci wpadło do głowy? - roześmiał się Karlik.

- To Osuch wymyślił... Widzisz, on mi szedł na rękę. - On? Ta kutwa?

- Właśnie. Ja sam się zdziwiłem z początku. Nie wiedziałem, co ma w tym za interes. Potem matka zaczęła się coś domyślać... Zresztą wiesz, matka zawsze ma nosa. Potem przyszedł stryj Mikołaj. Najpierw się strasznie kłócili. On krzyczał na matkę - matka na niego. A potem matka wpadła z sęczakiem w ręce do mnie na górkę i zaczęła krzyczeć, czy to prawda, że uciekłem z lekcji i rozbijałem się po kopalni. No, to... no, to ja skłamałem, że nie.

