Firmy powiązane z nim interesami po kolei ogłaszały plajtę. Stenotypistki, które napełniały biura stukotem maszyn do pisania i romansowały z gładko przylizanymi aplikantami, w jednej chwili potraciły posady i zaczęły myśleć o mężczyznach jak najgorzej. Wystawały po bramach długo w noc, paląc papierosy i zaczepiając spóźnionych przechodniów. Upadały nocne lokale, które nazywały się Tivoli albo Trocadero, rynek nieruchomości udławił się nagle podażą, a złota nie można już było kupić za gotówkę. Pod drzwiami Felka Chmury policjant stał dniem i nocą.

Katastrofa ogarnęła całe miasto, jakby wiatr sypnął piaskiem w tryby fabrycznych maszyn, zdmuchnął z witryn dekoracje, po czym ucichł, pozostawiając kanały obrotu towarowego zastygłe w martwym bezruchu. Pełnomocnicy kompanii asekuracyjnych wykupywali za bezcen nieruchomości należące kiedyś do Felka Chmury.

Mając jeszcze w uszach suchy szelest banknotów, pogrążył się w jałowym piekle utraconej wiary. A całe miasto wraz z nim. Którejś nocy, obudzony ze snu, pociągnął za dzwonek i zaspanemu Adasiowi kazał otwierać okiennice. Uniósłszy się na poduszkach, wypatrywał nad ratuszem swojej gwiazdy. Nie było tam po niej śladu.

- To jasne. Karta już się nie odwróci - powiedział głuchym głosem. Policjant nie odejdzie spod drzwi, zszargane nazwisko Looma nie odzyska szacownego brzmienia, różowy salon pozostanie niedostępny, a w ogniu gorączki siły wypalą się do reszty. Adaś Rączka zamknął okiennice na antabę i zaciągnął pluszowe story, ciężkie jak kurtyna.

