Ostatnim uczestnikiem był drugi samuraj. Widzowie byli już nieco zmęczeni i przygotowywali soki trawienne do zwalczenia sushi i sake, które - jak wiedzieli z poprzednich konkursów - panie z ambasady wykładały właśnie na stołach w sąsiedniej sali, lecz uprzejmość nakazywała im wytężyć resztki uwagi i potraktować sprawiedliwie ostatniego uczestnika. Ten, choć swoim milczeniem nie zaskarbił sobie szczególnej sympatii, zaciekawiał jednak strojem i zachowaniem. Opowiadał o tradycjach samurajskich, o kodeksie honorowym, w ramach którego samuraj mógł uniknąć utraty twarzy poprzez seppuku, znane w Europie jako harakiri. Podczas gdy inni zabarwiali swoje wystąpienia dowcipami i wykazywali pewien dystans do opisywanych przez siebie sytuacji - w końcu byliśmy tu i teraz i chodziło o wspólną zabawę - ten zachowywał się, jakby żart był mu obcy, jakby właśnie przez niepotrzebną wesołość mógł utracić twarz. Język jego sugerował dobre oczytanie w dziełach historycznych, a może nawet oryginalnych starych tekstach i nie miał naleciałości języka potocznego. Jasne było, że uczestnik ten nie zdobywał swoich umiejętności na ulicy, w barach karaoke, poprzez lekturę komiksów czy nowoczesnej literatury przedstawiającej salarymanów i office ladies. Przeciwnie, odczuwało się, że miał dla tego rodzaju sytuacji czy produkcji - nie użyłby słowa "twórczość" - lekceważenie, wręcz pogardę. Z literatury wspomniał Yukio Mishimę, który widząc upadek tradycji, popełnił samobójstwo przez seppuku.

Słuchaczy ogarniał dziwny nastrój. Żartuje czy nie żartuje? Nikt przecież dzisiaj takich tematów nie traktował zbyt poważnie. Oczywiście wiedziano o dawnych wojnach, ale tak jak we Francji pamięć o gilotynie nie zakłóca smakowania zupy cebulowej, tak i tu - wiadomo było, że byli samuraje, którzy wbijali klingi w cudze karki i własne brzuchy, ale dziś pozostała ceremonia herbaty, sushi i sashimi, a stroje ninja są dobre na karnawał.

