- Jak to trują?!

- Po prostu chcą, abym szybciej umarła. Dosypują małe dawki trucizny do jedzenia. Dlatego wolę jeść w restauracji. Jeśli proszą, bym u nich coś zjadła, wyczuwam smakiem, kiedy coś dosypują.

A może ona jest pomylona? - myślę.

- Proszę nie uważać, że jestem pomylona, ja to wiem naprawdę.

- Dlaczego pani nie pójdzie z tym do znajomych, rady miejskiej, milicji?

- Znajomych za dużo nie mam. Prawie wszyscy przez minione piętnaście lat albo zmarli, albo zostali zamordowani, albo się przenieśli. Z tych co pozostali, niewielu chce utrzymywać znajomość z niewidomą kobietą, na dodatek byłą “kapitalistką”. W urzędach myślą to samo, co i pan pomyślał.

- Ależ, ja...

- Proszę się nie tłumaczyć... Najważniejsze, by pan mi wierzył: będzie pan odwiedzał różne kraje, te odległe też. Myślę, że będzie to z pożytkiem również dla tego, co pan będzie robił...

Wydarzenia jesienią 56 roku przytłumiły mi pamięć tego spotkania.

W lipcu 1957 roku wyjechałem po raz pierwszy. Na Węgry, do Budapesztu i nad Balaton. Rozstrzelane czołgowymi karabinami maszynowymi i działami domy w centrum Budapesztu, spory: kontrrewolucja czy rewolucja; imperialistyczna interwencja czy braterska pomoc; oszołomienie pięknem tego miasta, a potem jeszcze większe Balatonem i największe - cudownością Margit - węgierskiej maturzystki, nie pozwoliły mi pomyśleć o Znajomej z Chełmna.

