Moja Wdowa, ona zawsze coś trafnego zacytuje. I właśnie zacytowała niedawno coś śmiesznego, coś śmiesznie bolesnego. Coś, co sobie ledwie uzmysławiałem jako jedną z przyczyn mego obrzydzenia się ludzką skórą, tego odpowiednio sam nie potrafiłem skrótowo nazwać.

Moja Wdowa zacytowała mi pewnego pisarza (ona go czytała po niemiecku, ona zawsze wszystko czyta po niemiecku), żydowskiego pisarza, Jehoschuę. "Ci ludzie", sarknął. "Tuczą swoje dzieci, dokarmiają, pasą, pieszczą, a potem wysyłają na wojny"... Długo śmialiśmy się, rzeczywiście, cha, cha, tak jest.

Cha, cha - tak jest! Cha, cha! - powtarzaliśmy, kładliśmy pomiędzy słowa nasz bezlitosny śmiech... -Pasą odżywkami, ważą-mierzą, pieszczą, znowu pasą-tuczą, ważą-mierzą, a potem, cha, cha, wysyłają na wojny, ciach, trach, dziecka nie ma.

Dziecko było - dziecka nie ma. Cha, cha. Śmieszne, straszne.

Nasze zaprzyjaźnione ze sobą dzieci, opowiadałem wam o tym, może nawet zakochane w sobie dzieci nie chciały mieć dzieci. ... - O nie! - wołała moja córka. - Nie, nie, jeszcze by kto zabił... - Dzieci? przerażał sie syn Mojej Wdowy. - Dzieci na razie nie. Nie, nie, świat to nie miejsce dla dzieci...

