Wtem Rafał zdarł konia z okrzykiem przerażenia.

Spomiędzy gęstych drzew wyszedł stary Cedro i brnął środkiem błotnego szlaku wprost na jeźdźców. Policzki jego były zapadłe, oczy wwaliły się w oczodoły, nie uczernione włosy siwymi kosmykami padały spod kapelusza.

Ubiór był naprędce, krzywo włożony. Idąc nieprzerwanie starzec przywlókł się do szyi końskiej, do strzemienia, w którym była noga syna. Ujrzał go Krzysztof. Ręka wydelikacona, biała, prześliczna, zgrzybiała ręka zaczęła ślizgać się bezsilnie po ubłoconym puślisku, po zachlastanej cholewie buta.

Głowa z wysiłkiem dźwignęła się w górę i oczy zalane łzami, oślepłe z rozpaczy, szukały twarzy dziecka. Usta, te usta zawsze uśmiechnięte, usta nigdy nie skażone gminną boleścią, teraz pełne były łkania, szlochu i bezzębnego bełkotu: - Krzysiu, Krzysiu...

Ramiona wzdrygały się, a ręce trzęsły jak od przypalania białym żelazem.

- Krzysiu, Krzysiu...

Stopy plątały się bezładnie, następując jedna na drugą. Widać było, że nie ustoi, że jak badyl złamany od wiatru padnie za chwilę na ziemię. A ręce bezwiednymi ruchami usiłowały ściągnąć syna na drogę, czepiały się jego rękawów, kieszeni...

- Każę zawołać... parobków... zwiążę cię... zamknę cię... - miamlały usta.

Krzysztof puścił wodze wolnym, obłąkanym ruchem. Śmiertelna bladość okryła jego twarz.

