- Co za swój?!

- Swój, niech pani otworzy, pani Janowska, niech pani się nie boi, to ja...

- Jezusie Nazareński! - zawołała Janowska. To Abramowa jeszcze żyje?! O Jezu miłościwy...

- Niech mi pani pomoże, pani Janowska, mnie i mojemu dziecku, niech mi pani pomoże, bo zginę.

- A toć na pewno pomożemy, jakżeby nie... Co tylko będzie można. Ale co też my, biedne ludzie, możemy na takie skaranie boskie pomóc?... Obudzę mojego.

- Niech pani nikogo nie budzi, pani Janowska, chodzi tylko o trochę pieniędzy z tego, co mąż u was zostawił. Lepiej, żeby nikt o tym nie wiedział...

Ale z alkierza wychodził już w sznurowanych kalesonach Janowski, a za nim starszy syn, Wicek, i wszyscy zaczęli się mamie przyglądać i dziwić, że żyje.

- Pieniędzy? Jakich? Aaa, tamtych... Mój Boże, kiedy już dawno ich nie ma!... Dalibyśmy, jakżeby nie, przecieśmy uczciwe ludzie, ale kiedy nic już nie zostało. Abramek zabrał, zabrał wszyściutko. Był chyba ze trzy razy...

- Albo i cztery...

- Albo i cztery razy. I wszystko zabrał.

- A jak przyszedł, to i ogrzał się, i chleba na drogę daliśmy. A zabrał wszystko, co do grosza. Oddaliśmy, bo jakże, kiedy człowiek w takiej potrzebie. My cudzej krzywdy nie chcemy...

