Dziś jest to także muzeum, muzeum sztuki współczesnej. Nie wiadomo co tu bardziej podziwiać, czy prześliczny ogródek z zadziwiające skomponowanymi kwiatami i kwietnymi krzewami, czy też sale, w których odnajduje się takie piękne obrazy. Zwłaszcza parę obrazów impresjonistycznych (między innymi "mój" Sisley zbliżony do atmosfery niektórych moich opowiadań)...

Jakież to żywe wszystko, to chodzenie śladami Chopina po tym pięknym mieście. Zwłaszcza że oprowadza mnie jeden z najzagorzalszych chopinologów czeskich i tłumaczy z polskiej literatury Jarosław Simonides. (To ten, wiesz, co tłumaczył mojego Chopina i moje Lato w Nohani).

Simonides jest jednym z najzagorzalszych admiratorów Chopina - Chopin ma na całym świecie takich przyjaciół, oddanych mu duszą i ciałem. Chyba żaden inny kompozytor nie ma takiej zgrai wielbicieli i admiratorów. Ale tylko jeden Jarosław Simonides odbył wędrówkę do... Poturzyna. Nie zdobył się na to żaden z naszych muzykologów. On jeden przy pomocy kolei, autobusu i własnych nóg dotarł do tej wsi, gdzie mieszkał Tytus Woyciechowski i gdzie parę tygodni spędził Frycek przed wyjazdem za granicę. Dotarł i mimo wszystko wiele jeszcze zobaczył. Między innymi resztki brzozy posadzonej na miejscu tej, o której pisał Chopin w liście do Tytusa. I dopilnował, aby na tym miejscu, obok resztek spalonego dworu, posadzono nową brzozę...

Obecnie Simonides jest bardzo zajęty. Wraca właśnie z Marjanskych Łaźni, gdzie utworzono małe muzeum chopinowskie. Wbrew wszystkiemu, a zwłaszcza wbrew czasowi przemijającemu i tak bardzo zacierającemu ludzkie ślady na tym padole, raz po raz odnajdujemy jakieś niewiarygodne pozostałości, naprawdę ślady na piasku - które opierają się wszystkim burzom, wszystkim kataklizmom.

