Nie wiem, z którego wieku wywodzi się porzekadło o polsko-węgierskim braterstwie symbolizowanym przez szablę i szklankę. W okresie, kiedy przebywaliśmy na Węgrzech, było jak najbardziej aktualne. Polacy wciąż pamiętali, że Węgrzy okazywali nam przychylność w czasach drugiej wojny, choć - formalnie - pozostawali przecież w sojuszu z Hitlerem. Oni z kolei okazywali na każdym kroku i w rozmaitych formach wdzięczność za naszą lojalność i przyjaźń w mrocznym październiku 1956 roku, kiedy Rosjanie krwawo dławili budapesztańskie powstanie. W 1966 roku, a więc dziesięć lat po wypadkach węgierskich, wszędzie i od wszystkich doznawaliśmy ostentacyjnej serdeczności i życzliwości.

Węgry okazały się ostatnim etapem w naszej drodze na Zachód. Nazwałabym je etapem adaptacyjnym. Dzięki pobytowi w Budapeszcie nie o wiele, ale jednak trochę łatwiej wypadło nasze pierwsze zetknięcie ze światem Zachodu.

Pierwszym zachodnim krajem, jaki odwiedziliśmy, była Dania. Wyjechaliśmy tam na zaproszenie małżeństwa, któremu pomagałam w załatwieniu adopcji polskiego dziecka.

Otrzymaliśmy pierwsze w życiu prawdziwe paszporty oraz - po uzyskaniu specjalnych zezwoleń - prawo do wywozu po 15 dolarów na osobę zamiast przysługujących zwykłemu obywatelowi 5. Suma, którą dysponowaliśmy, wydawała nam się całkiem spora. W Polsce stanowiła ekwiwalent trzech czwartych naszych wspólnych miesięcznych dochodów. Poza tym kupiliśmy nielegalnie od mieszkającego w Danii kuzyna zawrotną - w naszym pojęciu - kwotę 1500 koron duńskich (25 dolarów). Czuliśmy się więc prawdziwymi krezusami.

