- Tak wygląda oznaka władzy szeryfa! - powiedział ze znawstwem, jak gdyby całe życie spędził w Teksasie.

- Myślałem, że kupimy za te pieniądze cukierków i kwasu - wtrącił płaczliwie Boria.

- Głupi! To była jałmużna! Żarłbyś cukierki kupione za jałmużnę? - Bo ja - nie!

Splunął przez zęby na odległość trzech kroków, po mistrzowsku.

- Możecie wracać do domu. Ja idę się kąpać. Ale sam.

- Po ciemku?

- Po ciemku, bo tak mi się podoba!

Gdy po paru godzinach wróciłem chyłkiem do domu i chciałem niepostrzeżenie położyć się do łóżka, ojciec zatrzymał mnie:

- Słuchaj, Adasiu, postanowiliśmy dawać ci tygodniówkę... Dwadzieścia kopiejek na tydzień... Dzisiaj sam sobie wziąłeś, a w przyszły wtorek dostaniesz znowu... Tak będzie lepiej, prawda?

Spojrzałem w dobre, łagodne oczy ojca, miałem chęć rzucić mu się na szyję, dziękować, przepraszać, ale nogi jak gdyby wrosły mi w ziemię. Potem poczułem chłód w sercu i bez słowa poszedłem do siebie. Nie zapalając świecy rozebrałem się i schowałem się z głową pod kołdrę, aby w ten sposób ukryć kompromitację, gorycz, upokorzenie...

Nazajutrz wczesnym rankiem wymknąłem się z domu, żeby uniknąć spotkania z matką. Pałałem nienawiścią do Paszy. Błąkałem się wśród drzew smagając kijem rozpiete tu i ówdzie pajęczyny, depcząc żółte lwie pyszczki i puszyste mlecze, zły na siebie i na cały świat.

