- A ja zostanę pod gruzami - prorokuje Margot Kluczycka, matka pani Marii. - Jestem stara, od sześciu lat przykuta do łóżka, w razie nieszczęścia nie ucieknę. Leżę więc na tym poddaszu i czekam na śmierć. Bo jeśli nawet dom się nie zawali, zabije mnie grzyb. Tak, jak sąsiadów.

Pani Margot próbuje policzyć, ilu ich już zmarło. Wychodzi, że w ciągu dwóch ostatnich lat - czworo, a w budynku mieszka raptem pięć rodzin. Tych, którzy odeszli wcześniej, nawet wymieniać nie warto.

Maria Kluczycka wyciąga dokumenty. Oto ekspertyza mykologiczna z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Gdańsku. Pochodzi z lipca 1998 roku i wykazuje, że zarodników pleśniowych w budynku jest cztery razy więcej niż dopuszczają normy, co „może wywoływać szereg chorób, szczególnie układu oddechowego”.

- I wywołuje - podkreśla Monika Blok, z parteru. - Od kilkunastu lat nie mogę pozbyć się kaszlu, podobnie jak brat.

- Co z tego, że sanepid nakazał ustalić i usunąć przyczyny zagrzybienia? - pyta retorycznie Maria Kluczycka. - Co z tego, że rok później Miejski Inspektor Nadzoru Budowlanego domagał się orzeczenia technicznego w tej sprawie? Co z tego, że nakazał wymienić konstrukcję drewnianą muru pruskiego w przybudówkach i pomurować nowe ścianki?

Tymi pracami powinna się zająć wspólnota mieszkaniowa, czyli - oprócz gminy, mającej 69 proc. udziałów - jeden człowiek, który po śmierci rodziców odziedziczył lokal na I piętrze. Wiadomo, że tego nie zrobi, bo go na to nie stać. A pieniądze, które lokatorzy wpłacają na fundusz remontowy czy tzw. eksploatację, niczego nie załatwią.

