Podziwiam ich. Jest ich tak dużo, a nie ma chaosu. Każdy wie, co ma robić. Działają szybko - mówi Marek Głodnicki, mieszkaniec ul. Zygmunta Starego, przy której stał dom państwa Dłubaków.

Chodzi o strażaków, którzy brali udział w akcji ratowania ofiar wybuchu gazu. Nikt dokładnie ich nie policzył. Według naszych szacunków było ich ponad stu. Na miejscu tragedii gapie mogli zobaczyć strażaków także w galowych mundurach, obwieszonych medalami. Przybyli na zaplanowane w niedzielne przedpołudnie zawody pożarnicze.

Niepewna instalacja

- Większość jednostek OSP była już w drodze właśnie na tę imprezę, gdy otrzymaliśmy zgłoszenie o wybuchu. Zamiast zabawy, zetknęliśmy się z prawdziwym nieszczęściem. Skierowaliśmy wszystkich do akcji. Moment i byliśmy tu w pełnym składzie - opowiada mł. kpt. Janusz Leszczewski, rzecznik prasowy komendanta powiatowego Państwowej Straży Pożarnej.

Przyczyną katastrofy było prawdopodobnie rozszczelnienie instalacji gazowej. Jedna z hipotez zakłada, że w garażu państwa Dłubaków wybuchł samochód. Ratownicy nie zgadzają się z tą wersją.

- Za duża siła uderzenia. Proszę spojrzeć: części auta wbiły się w mury sąsiednich budynków, wyleciały okna z okolicznych domów, a brama przeleciała przez kilka budynków i wylądowała kilkadziesiąt metrów dalej. Eksplodujący zbiornik auta nie zrobiłby takiego spustoszenia - tłumaczy Roman Chorzępa, strażak z Malborka.

Marne szanse

Strażacy szybko wydobyli czterech domowników. Byli przytomni. Z piątą osobą, synem właścicieli, od pierwszych chwil po wybuchu nie mieli kontaktu. - Z relacji wiemy, że prawdopodobnie schodził do garażu. Musi być więc gdzieś głęboko pod ruinami - wyjaśnia Stanisław Chabel, dowódca akcji, komendant powiatowy Państwowej Straży Pożarnej w Malborku.

