Był dość niskim i krępym mężczyzną, którego z największym trudem dało się skłonić do mówienia inaczej niż szeptem. Statek to oczywiście jeden wielki wrzask, głównie dlatego, że morze stara się zabić wszystkie odgłosy nie pochodzące od niego samego. W momentach, gdy trzeba było krzyczeć, Juan krzyczał. Przez pozostały czas mówił szeptem. Nawet wtedy.

Wiem, że opłynęliśmy dookoła prawie całą ziemię. Mówili o tym. Pisali nawet i gdybym lepiej umiał czytać, może potrafiłbym w to uwierzyć. Ale po powrocie nie było na ziemi siły, potrafiącej zmusić mnie do powiedzenia czegokolwiek. Gdy zniesiono mnie na ląd, byłem już w stanie uwierzyć we wszystko, również w to, że nazywam się Juan de Chinchilla, zaś Diego Carmena, mój przyjaciel został pożarty przez ocean 16 czerwca.

W sewilskim porcie mogłem już uwierzyć we wszystko, każde zdarzenie, przeszłe i teraźniejsze stało się równie prawdopodobne. Skąd się bierze prawda, skoro oczy nie pracują jak powinny, skoro węch podsuwa aromaty, których nie ma, skoro można dotknąć nieistniejącego. Każda rzecz i każde zdarzenie niesie ze sobą swoją własną prawdę, którą odkrywamy dopiero i opisujemy, posługując się słowami i obrazami, najlepiej jak potrafimy, ale mówili nam przecież, że każda prawda pochodzi od Boga, on ją ostatecznie odnajduje i szepcze co nią jest, a co tylko udaje. Co się dzieje z prawdą po jego śmierci? Gdzie się podziewa, gdzie się chowa, kto ją w ostateczności opisuje, przyznaje rację i rozsądza? Każdy człowiek jest jak dziecko, potrzebuje opieki i podpory, kogoś, kto mu powie, że wszystko jest w porządku lub nakrzyczy, że wcale nie jest. Komu miałbym, gdy, otoczony opieką lekarzy, leżałem w sewilskim porcie, zawierzyć, gdyby mi powiedziano, że mam na imię Juan? Moje oczy oślepły od słońca w mojej głowie szaleje sztorm.

