Tak samo chciałem wołać do ludzi na ulicach, ale nie śmiałem. Ich nastrój był znowu zupełnie przeciwny niż mój Ø. Znikł entuzjazm i nikt nie szturmował już sklepów. Nikt nie śmiał się w knajpach i nie śpiewał w tramwajach. Pijanych było tak samo dużo, a może jeszcze więcej, ale nie obejmowali się, nie całowali i nie ustępowali nikomu z drogi. Twarze ich były znowu ponure.

Okazało się, że tam w górze, nad naszymi głowami, znów zaszła radykalna zmiana. Gruby Nikita w ostatniej chwili podwinął ogon i kazał rozmontować rakiety, a długi John nawet nie kopnął go przy tej sposobności w zadek, choć mógł przecież wiedzieć, że po raz drugi już mu się taka okazja nie nadarzy. Radio chwaliło rozwagę wielkich mężów stanu, którzy nadludzkim wysiłkiem odwrócili śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie zagrażało ludzkości, i zawrócili świat znad skraju przepaści, ale jakoś nikt się z tego nie cieszył. Przeciwnie, uważano, że teraz niebezpieczeństwo było już beznadziejnie śmiertelne, bo, jak się okazało, nikt nie miał odwagi powstrzymać świata, który od dłuższego czasu staczał się nieuchronnie w przepaść. Kościoły zapełniały się znowu, ale każdy się modlił po cichu, tylko dla siebie. A pierwszego listopada zapłonęły świece na wszystkich cmentarzach na znak powszechnej żałoby (po pogrzebanej nadziei). Nigdy jeszcze nie było takiej pożogi świec.

Zaraz po Zaduszkach zjawił się u mnie Sałata.

