agresywne psy

zaatakowały w Gdańsku

dziesięcioletnią dziewczynkę.

Ich właściciele nie pomogli

rannemu dziecku. Teraz grozi im nawet do 3 lat więzienia...

Sanda jest drobną, szczuplutką dziesięciolatką. Leży nieruchomo w szpitalnym łóżku. Rany na nogach i obrażenia pleców sprawiają jej ból. Na szyi dziecka widać podbiegnięty krwią ślad...

- Psy zaatakowały córkę, gryzły ją, ciągnęły za kaptur - mówi wstrząśnięta mama dziewczynki, Grażyna Elert. - Mogły ją udusić! Nie rozumiem, dlaczego dwoje dorosłych ludzi zostawiło moje dziecko bez pomocy!

W poniedziałek po południu tata Ø przywiózł Sandę i jej koleżankę Monikę ze szkoły. Dziewczynki bawiły się, odrabiały lekcje. Monika miała na godzinę 17 stawić się do oruńskiego Domu Dziecka.

- Wyszłyśmy z Moniką z domu i ruszyłyśmy ulicą Nowiny, do mieszkającego w pobliżu brata - opowiada cichutko Sanda. - Tam jest takie wzgórze porośnięte krzakami. Nagle zobaczyłam, że z góry biegnie jeden pies. Po chwili pojawił się drugi...

Pierwszy pies

chwycił Sandę za kaptur i powalił na ziemię. Drugi zaczął ją gryźć po nogach. Przerażona Monika ukryła się w krzakach. Tymczasem psy ściągały dziewczynkę z niewielkiej górki.

- Kaptur owinął mi się dookoła szyi - mówi dziesięciolatka. - Nie mogłam krzyczeć, nie mogłam nawet oddychać... Bardzo się bałam...

Właściciele psów - 24-letni Krzysztof H. i Aleksandra J., którzy razem spacerowali po parku, nie widzieli, kiedy psy zaatakowały dziewczynkę. Zaniepokojeni ich szczekaniem pobiegli w kierunku krzaków. Myśleli, że zwierzęta gryzą się ze sobą. Znaleźli tam pogryzione dziecko.

