W cieniu pomarańczowego drzewka

Dzieci, toczące walkę z rakiem, chcą bawić się do końca. Także te, które już odchodzą. Jeśli nie mają już siły bawić się zabawkami, bawią się swoimi dłońmi i palcami

Po słowach lekarza: „to rak” człowiek czuje się tak, jakby odpłynął z rzeczywistości. Beata Olczak, gdy usłyszała o guzie na pniu mózgu u Ø 6-letniej córki Gabrysi, miała wrażenie, że to co się stało, rozgrywa się gdzieś poza jej realnym życiem.

Katarzyna Trawińska, której 2-letnia Ania leczy się w łódzkim szpitalu przy Spornej na białaczkę, pamięta z tych pierwszych dni tylko to, że drażniło ją, gdy spotykała na oddziale uśmiechnięte matki innych dzieci i słyszała nieraz śmiech dobiegający z innych sal.

– Jak minie odrętwienie, długo się płacze, a potem wrasta się w tę sytuację i zaczyna się normalnie żyć – wyjaśnia Beata Olczak, która dzień w dzień jest przy swojej córce w szpitalu. – Trzeba dziecku pomóc, trzeba się przy nim uśmiechać. Człowiek znieczula się na inne sprawy. Nie istnieje problem braku pieniędzy, zbyt małego mieszkania. Myśli się tylko o tym, żeby ratować dziecko.

Nie tylko kroplówki

Kiedy psycholog Aleksandra Solarek z fundacji „Gajusz”, pomagającej nieuleczalnie chorym dzieciom, po raz pierwszy szła na oddział onkohematologii szpitala przy Spornej, wyobrażała sobie, że zobaczy łyse, blade, przygnębione dzieci i dramat najbliższych. Są dni, że to wszystko rzeczywiście tak wygląda, ale pierwsi pacjenci, do których weszła, zmienili jej punkt widzenia.

