Pol miał już wtedy przeszło sześćdziesiąt lat, ja czterdzieści pięć, ale oboje czuliśmy się jeszcze w pełni sił, zdrowi, szczęśliwi. Pobraliśmy się dopiero przed sześciu laty, po śmierci jego pierwszej żony, którą znałam od dawna i bardzo kochałam, tak jak i całą jego liczną i piękną pod każdym względem rodzinę.

Bieg zdarzeń zaskoczył nas, podobnie jak całą Polskę, całkowicie. Wierzyliśmy naiwnie w pakty o nieagresji i w niewątpliwą pomoc Anglii i Francji.

Wyszliśmy z domu nagle odmienionego, bezładnego po tej gorączkowej krzątaninie. A w parku tak cicho. Świeci słońce, łabędzie pływają po stawie. Kwiaty na klombach jeszcze w pełni barw, gdzieniegdzie tylko zeschłe liście szeleszczą pod stopami. Mimo spokoju i pozorów bezpieczeństwa czujemy zbliżającą się burzę. Ostatnie chwile wolności i szczęścia tak wyraźnie człowiek sobie uświadamia. Tylko nie można tego uczucia komuś innemu przekazać. Szliśmy więc bez słów, oglądając się czasem na dom. Ludzi nie widać, jakby wszystko zamarło w oczekiwaniu. Ale napięta uwaga wyławiała z tej ciszy zbliżający się stukot końskich kopyt, warkot ciężarówek. Już są! Zawróciliśmy do domu. Chory, wzburzony Sieroża, z oczami błyszczącymi od gorączki wyszedł nam naprzeciw. Coraz silniej zaczynam odczuwać zaciskającą się pętlę. Sieroża i Pol usiedli, a ja zaczęłam zbierać porozrzucane rzeczy. Niech będzie porządek. Nikt nie uciekł. Dom zamieszkały i spokojny. Przerażona, drżąca niania pomaga mi sprzątać z tarasu dziecięce zabawki. Ciepło jak w lecie, wszystko zalane słońcem.

