Od Nuakszott do Luandy

Tygodnie, miesiące, lata — codzienne, a raczej conocne napaści piratów zdarzały się już nie tylko w środkowej strefie zachodniego wybrzeża Czarnego Lądu, notowane były również na północy i południu tego wielkiego kontynetu. Na redzie mauretańskiej stolicy Nuakszott dochodziło, nawet do mordowania załóg statków; taki los spotkał między innymi rybaków portugalskich z kutra "Portosenta". U brzegów Liberii z kolei aż trzysta czarnych piratów dokonało ze swych piróg abordażu włoskiego statku "Luisita Croce", który następnie splądrowano, pozostawiając goły niemal kadłub i związaną załogę. Na szczęście dryfującą jednostkę napotkał statek brytyjski, którego marynarze uwolnili słaniających się z głodu i wycieńczenia swych kolegów. Przypadki redowego piractwa odnotowano także w senegalskim Dakarze, gwinejskiej Conakry i kameruńskiej Duali, a na południu Afryki również na redzie zairskiego portu Matadi i angolskiej stolicy — Luandy. Coraz uciążliwsze i brutalniejsze wobec marynarzy napaści były jednocześnie coraz kosztowniejsze dla amatorów i towarzystw ubezpieczeniowych. Budziło to w świecie biznesu i morskiego handlu zrozumiałe oburzenie, odrazę i… rosnące zniecierpliwienie. Gazety i czasopisma, a także radiowe i telewizyjne stacje — zwłaszcza europejskie — coraz częściej zamieszczały cierpkie artykuły i komentarze podające w wątpliwość lojalność krajów, na których wodach dochodziło do rozbojów wobec handlowych partnerów oraz podkreślające indolencję władz, nieumiejętność przeciwdziałania pirackim akcjom. "Jak długo jeszcze przyjdzie nam tolerować strzelaninę i conocne bijatyki na statkach oraz krwawe łaźnie urządzane marynarzom handlowej floty przez pozbawionych wszelkich skrupułów kryminalistów" — pisał we wrześniu 1979 roku poważny i zazwyczaj powściągliwy w słowach londyński Financial Times.

