- Hej, niewolniku!

Ursus usunął głowę z komina i uśmiechnąwszy się niemal przyjaźnie, rzekł:

- Bóg ci daj, panie, dobry dzień i dobre zdrowie, ale ja człek wolny, nie niewolnik.

Winicjuszowi, który miał ochotę rozpytać Ursusa a ojczysty kraj Ligii, słowa te sprawiły pewną przyjemność, albowiem rozmowa z człowiekiem wolnym, jakkolwiek prostym, mniejszą przynosiła ujmę jego rzymskiej i patrycjuszowskiej godności niż rozmowa z niewolnikiem, w którym ni prawo, ni obyczaj nie uznawały ludzkiej istoty.

- Toś ty nie Aulusów? - spytał.

- Nie, panie. Ja służę Kallinie, jako służyłem jej matce, ale po dobrej woli.

Tu schował znów głowę w komin, by podmuchać na węgle, na które narzucił poprzednio drew, po czym wyjął ją i rzekł:

- U nas nie ma niewolników. Lecz Winicjusz spytał:

- Gdzie jest Ligia?

- Dopiero co odeszła, a ja mam uwarzyć śniadanie dla ciebie, panie. Czuwała nad tobą całą noc.

- Czemuś jej nie wyręczył?

- Bo tak chciała, a moja rzecz słuchać. Tu oczy zasępiły mu się i po chwili dodał:

- Gdybym ja jej nie słuchał, to ty byś, panie, nie żył.

- Zali żałujesz, żeś mnie nie zabił?

- Nie, panie. Chrystus nie kazał zabijać. - A Atacynus? A Kroto?

