Jednak ekspresi nie tylko nosili listy, zakupy i fortepiany. Czasami - jak twierdził Zbigniew Nowakowski - otrzymywali osobliwe zlecenia:

Ekspresi stali w Rynku, właściwie na linii C-D. Byli to, oczywiście, zwyczajni posłańcy, ale w Krakowie nie mówiło się nigdy inaczej, tylko "ekspres". Używani do przeprowadzek, do dyskretnego zastawiania zegarków w lombardach, czy w założonym jeszcze przez ks. Skargę "Banku Pobożnym", do listów, do kwiatów itp. Czasem do nabicia kogoś po mordzie. To się także zdarzało.

Bywali ostatnią deską ratunku. Zdarzyło się kiedyś, że pewnemu aktorowi ukradziono ubranie w oleandrach... Nie na ulicy Oleandry, bo jeszcze nie było, ale w nadbrzeżnych zaroślach zwanych oleandrami, od których zresztą - ale za pośrednictwem teatrzyku "Oleandry" - ulica wzięła nazwę. Stracił aktor wszystko - od skarpetek po kapelusz. Co miał zrobić? Udało mu się ubłagać przypadkowego przychodnia, aby poprosił kolegów z teatru o przysłanie mu kompletnego stroju. Oczywiście przez ekspresa, który został upoważniony do wynajęcia fiakra - bo jakże inaczej... Tym razem ekspres spisał się - znalazł nieszczęśnika w oleandrach i dostarczył mu odzież - ale jaką? Nowakowski sumiennie wymienia całą garderobę:

...pancerz kowany, hełm z pióropuszem, nagolenniki, rękawice, miecz krzyżacki, dodatkowo jakąś misiurkę damasceńską itp.

Jak widać, aktorzy zawsze lubili robić sobie kawały...

