Przez chwilę było cicho. Zaraz jednak ktoś parsknął śmiechem i zaczęli się śmiać inni. Morawica niezrażony mówił dalej.

- Chcę, żebyście byli szczęśliwi. Śmiejcie się, do woli, wiem, że to brzmi głupio, ale udowodnię wam, że to jest możliwe. Możecie być szczęśliwi - powtórzył, akcentując każdą sylabę. - Szczęście jest w zasięgu waszej dłoni. Wystarczy tylko chcieć.

Morawica skinął głową i w tym momencie dziewczyny z maleńkich pudełeczek zaczęły wysypywać na talerzyki czerwone tabletki. Każdemu dały po jednej. Morawica wziął sobie jedną i uniósł Ø w górę.

- Oto szczęście - powiedział. - Wystarczy połknąć.

- Panie, co to za numery, chcesz nas wytruć czy jak? - odezwał się Akonom.

- Najpierw tabletki, a potem gotóweczka, co? Ludzie, to jakiś lepszy cwaniak!

- Może to narkotyk jaki? - krzyknął Kuchta.

- Spokojnie. Nie jest to żaden narkotyk ani trucizna. Żeby wam udowodnić, połknę pierwszy. To jest tabletka, którą będziemy produkować w naszej fabryce. Chcecie pracować?

- Pewnie, że chcemy, ale czy to legalne?

- Chłopy, a może to Viagra? Co mi tam, najwyżej się przekręcę - powiedział Stasiek Bala, po czym połknął, popił wodą i zapytał: - Mogę prosić o dokładkę? Mam łeb jak koń.

Morawica i dziewczyny niemal równocześnie połknęli swoje tabletki. W końcu zaczęli łykać inni. Stary Podszus siedział z założonymi rękami i przyglądał się. Gdy zorientował się, że tylko na jego talerzyku została czerwona pigułka, udał, że wkłada ją sobie do ust. Po chwili wypluł do garści i podniósł szklankę. Tymczasem na sali zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Jak na dobrym weselu zaczęli się bratać: sąsiad z sąsiadem, ojciec z synem i zięciem, brat z bratem.

