Szerucki przetarł wystrzępionym rękawem zroszone policzki, wszedł, zamknął za sobą drzwi i poczuł, że jest niedobrze.

Ostry niepokój zawiał głowę, oczy jego spotkały dwa karabiny oparte w rogu futryny, a ulicę zapełniła nagła bieganina.

Ktoś bez tchu krzyknął: - Ruuh!

Powinien się był położyć, upaść pod nogi nadbiegającemu.

Cofnąć się do drzwi nie było czasu.

Z przysiadu uderzył pierwszego głową w dołek i skoczył w korytarz.

Na podwórzu stał duży wychodek, na parkanie składana drabina i bosak.

Pośród wolnej przestrzeni zawirował śnieg i dym zarzucał płachcie cuchnące płonącymi szmatami.

- To jest twoja sprawka , ty skurwysynie - posłyszał za sobą i nogi mu od razu zlodowaciały.

Ale odwrócił się i zaczął torować sobie drogę strzałami.

Jakiś baudienst skrył się za deski.

W czarnej sieni Szerucki widział jeszcze błyski ze swego mauzera.

Czasem jest dziwnie latem.

Już o świcie na spotkanie słońca leci chmura z grzmotami, ciepły wiatr goni po polu słomę, wznosi nad ścieżkami niebieskawy pył.

Jeszcze nie zdążył zrobić się dzień, a już nad Szabasową biją pioruny.

Gabe Gudeł, Miś Kunda i Dudi spali w polu na pokosach koniczyny.

Kiedy wiatr począł szarpać z pleców zwiędłą nać, zbudził się Dudi, trącił nogą Misia. - Wstawaj, deszcz pada!

Zbliżał się szum.

Pierwsze wielkie krople upadły Dudi na czoło i na gołe kolana.

Nagarnął koniczynę i położył sobie na plecy.

