mam nadzieję, że tylko mojego. No i tak figlowaliśmy, przeniosłem się na dobre do Warszawy. Pieniądze regularnie wpływają na konto. Mam fajną pracę w sklepie z zabawkami, ale publikuję jeszcze.

Skoczyłem ze spadochronem. Już podjąłem decyzję, zdałem teorię na prawo jazdy, w przyszłym tygodniu jazda. Ale o tym później, teraz idziemy na kolację, jeszcze wyskoczymy do banku, tu na Marszałkowskiej. Narzeczona lat dwadzieścia sześć, ja lat czterdzieści... Jak to wygląda?

Jest teraz mnóstwo takich związków, nikt się już nie dziwi. Jedziemy do banku, jestem w tym momencie szczęśliwy, już widzę, jak się mną opiekuje na starość, jak troszczy się o moje rękopisy. Patrzy mi w oczy. Ma na imię Laura. Nie ma lepszego imienia dla żony poety. Ja, ona, grupka wiernych przyjaciół, jeździmy samochodem na krótkie wypady za miasto...

Wchodzimy, to, co prawda, nie mój bank. Konto mam w Leibnitz. Wchodzimy do tej małej salki, gdzie stoi bankomat. Bank Polski, wsuwam moją kartę. Bankomat to taki konfesjonał kapitalistyczny. Dostajesz bądź nie dostajesz rozgrzeszenia pod postacią pieniędzy. Nieważne, kim jesteś - zredukowany zostajesz do numeru rachunku, numeru banku, klasy karty Maestro, Visa albo coś, ale i tak jesteś plastikową karteczką. No jeszcze PIN - pewnie to skrót od personal information number albo coś jeszcze innego, może to nazwa, która ma ci przywodzić na myśl zapach pinii - nie jest powiedziane, że drzewo poznania dobra i zła było jabłonią. Ja zawsze kojarzę swój pin z jakąś datą, rok przed wojną i data śmierci Stalina - 3853 - prawda, że proste. No i wystukało się, kurczę...

