- Jestem eksperymentatorem, który zapłacił wielką cenę, aby się dowiedzieć, że człowieczeństwo to pusty frazes, retoryczny zwrot, jałowe zaklęcie powtarzane z pokolenia na pokolenie. W śmierci człowieka jest tyle samo znaczenia, co w eksplozji żarówki elektrycznej.

- Pan mi mówił o sporcie, o biegach z legendarnym Nurmim.

- Ja tu jeszcze wrócę do was. Wrócę jak ten stary Madziar. W metalowym pudle ze srebrnymi klamrami. Kiedy to sobie myślę, mniej się lękam. Pan wierzy w Boga?

Chwilę milczałem, słuchając ciszy, która wpłynęła tu niepostrzeżenie.

- Wierzę w złego Boga.

- Kochani, wybija godzina żywych - odezwała się raptem Pusia.

Tylko my trzej wisieliśmy przy poręczy baru: pan Niemiec, nieszczęśliwy dyplomata i ja. Pomyślałem raptem, że ślepnę. Butelki na półkach były szare, Pusia wyblakła, spłowiała w gęstym powietrzu przesyconym dymem, my także czyniliśmy wrażenie istot, z których wysączono ostatnią kroplę krwi.

Gdzieś tam za drzwiami wstaje dzień, budzą się głodne dzieci, ruszają pociągi w dalekie rejsy, wzlatują pod sufity złe, jesienne muchy.

- Do widzenia, pani Pusiu - rzekłem, czując dziwny chłód na plecach, jakbym prowokował fatalne i nieznane siły.

- Do widzenia panu - podałem dłoń Niemcowi.

Przygnębiony dyplomata otworzył szeroko ramiona. Pocałował mnie trzykrotnie w usta starym słowiańskim zwyczajem.

