Nie musiała nic mówić: Kiernackiemu wystarczyła jej mina.

- Powiedział - oznajmiła - że tam na pewno nikt niczego nie rzucał z ciężarówki. A prywatnego pociągu Drzymalski nie ma.

Zastanawiał się kilka sekund, wodząc wzrokiem po sąsiednim moście. Potem popatrzył jej w oczy.

- Możesz skombinować mi karabin?

- Chyba pan żartuje...

- To chociaż pistolet. Ewentualnie sapera ze sprzętem. Wystarczy porcja trotylu, detonator i kawałek lontu.

- Chce pan poprawić niedoróbki wychowanka?

- Zawołaj Dopierałę. I przestań nazywać mnie panem.

- Chce pan - zaakcentowała twardo - wysadzić kolejny most?

Kiernacki ruszył w stronę samochodu. Dogoniła go, gdy przepuszczał czwórkę strażaków, dźwigających koc z poczerniałymi zwłokami.

- Dość tego! - rzuciła. - Nie jest pan jakąś cholerną primadonną!

Nie odezwał się. Stał nieruchomo ze wzrokiem przyklejonym do praskiego brzegu. Iza podążyła śladem jego spojrzenia i też zastygła.

Na most kolejowy wtaczała się lokomotywa, ciągnąca niekończący się sznur wagonów towarowych.

Pociąg przejechał pięćdziesiąt metrów, sto, sto pięćdziesiąt... Nic się nie działo. Ale w postawie Kiernackiego, w nerwowym napięciu mięśni było coś, co sprawiło, że nawet nadchodzący Dopierała nie zadał żadnego pytania, tylko stanął obok i tak jak oni patrzył w tamtą stronę.

Nie czekali długo. Lokomotywa była już tylko kilkadziesiąt metrów od zachodniego brzegu, kiedy pod jej kołami błysnęło krótko białą plamką światła.

