- Ładnie pachniesz.

Ciepło Ø oddechu poruszało moje włosy.

Prawą rękę położył na oparciu. Czułam ramię opierające się o mój kark. Na granicy skóry krew pulsowała mocniej. Widziałam jego profil. Zaschło mi nagle w gardle.

Mieszkanie było prawie puste. Właściciel w T-shircie z twarzą Che nalewał alkohol. Spojrzał na nas nieprzytomny. Machał rękami nad głową. To przywitanie. Wielka tajlandzka szafa rzeźbiona w słonie stała na tle betonowej ściany. Oparłam się o nią plecami. Poczułam chłód. Przeszedł mnie dreszcz.

Czułam się jak Marsjanin podczas wyprawy badawczej na Ziemię.

Potem M. przyniósł mi whisky. Patrzył na mnie. Kiwałam głową w rytm muzyki. Wyjął kostkę lodu. Oblizał. Potem przesunął ją po mojej skórze. Po szyi, dekolcie, ramionach. Krople wody spływały w dół. Nasze tymczasowe braterstwo stawało się coraz bardziej kazirodcze. Wyszliśmy na balkon. Przed nami rozpościerała się czarna panorama Pragi. Świeciły jak rogi oświetlone wieże kościołów.

Opierając się o barierkę, paliliśmy, piliśmy. Staliśmy blisko. Twarz owiał mi lekki wiatr. Nagle poczułam się lekko. Zmęczenie odeszło. Krew zaczęła szybciej krążyć. Patrzyłam mu w oczy. Rozchylałam wargi. Robiłam się coraz ładniejsza. Dowcipniejsza. Uszczypliwa. Zaczepna. Pożądana.

W pokoju dziewczyny tańczyły boso. Kręciły biodrami. Ich piersi kołysały się w rytm muzyki pod lekkimi bluzkami. Opalone ramiona podnosiły się i opadały. Włosy stały się wilgotne od potu. Ich mężczyźni udawali mieszkańców amerykańskich gett. "Yo, ziomalu" wyciągali ręce, pokazując dwa palce. Z kuchni dolatywał zapach trawy.

