- Przysięgam - przysiągłem z czystym sumieniem.

Aniela Sopelkundel myślała, drapiąc się po głowie wielkim zakrzywionym paluchem.

- Kurde, synu - zaczęła po chwili. - Naprawdę chciałabym ci pomóc. Ale jeśli chodzi o Halinę... To było naprawdę dobre dziecko. Takie ciche, posłuszne, nigdy żadnych kłopotów. Dobrze się uczyła. Nie przypominała nikogo z rodziny. Byłam z niej bardzo dumna. Nigdy bym się nie spodziewała, że właśnie ona...

Mamuśka Sopelkundel zamilkła i zaczęła nerwowo pocierać oczy.

- Że co? - ponagliłem, wietrząc brudną tajemnicę.

- Że o mnie zapomni.

- Była młoda, ładna... Pewnie miała różne podejrzane sympatie w większej ilości...

- A skąd - burknęła. - Tylko te książki i książki. Pewnie od tego tak się jej poprzestawiało.

Postawiłem na swoją ostatnią szansę i podałem jej przedarte zdjęcie.

- Co to ma być? - spytała, patrząc na mnie nieufnie.

- Jak robię materiał, cały się poświęcam. Wyciągnąłem to ze śmietnika Haliny. No, jak, zna pani to zdjęcie?

- Coś tak jakby - przyznała po dłuższym zastanowieniu.

- I wie pani, kto był na tej oderwanej połówce?

- Tak mi się zdaje, że Halina - powiedziała.

- Halina - powtórzyłem. Przytaknęła. Zacząłem się zastanawiać, czy w ogóle kontaktuje, co do niej mówię.

