W czwartek doszło również do kilku kolizji. Między godziną 8.00 a 9.00, w okolicach Bladowa, z drogi wypadł samochód ciężarowy.

Wcześniej w lesie na wysokości Żółwińca, w poślizg wpadł ford transit. Samochód zatrzymał się dopiero na przydrożnych drzewach.

– Na szczęście w obu przypadkach nikomu nic się nie stało – podkreślają policjanci.

Drogowcy: – Mamy dwie godziny na reakcję

Tego dnia, wcześnie rano, przymroziło. W wielu miejscach drogi zostały ścięte lodem, co znacznie pogorszyło warunki jazdy. Tymczasem policjanci w nieoficjalnych rozmowach narzekali na opieszałość drogowców. – Dzwonimy do nich z sygnałami na temat warunków na drodze. Wskazujemy konkretne miejsca, w których jest ślisko. Oni podejmują działania dopiero po kilku godzinach – opowiada jeden z funkcjonariuszy.

Żadnych niedociągnięć nie zauważa jednak Bogdan Ryl, zastępca dyrektora Zarządu Dróg Powiatowych. – Sytuacja dzisiaj (rozmawialiśmy w dniu tragicznych wypadków – wyj. red.) była specyficzna. Zdarzał się na drogach zamróz lokalny. Działaliśmy zgodnie z przepisami. Według nich mamy 2 godziny na reakcję przy zmianie warunków atmosferycznych. Nasz dyżurny wprowadził procedury w porę. Nie czekamy nigdy na telefony policjantów – tłumaczy.

Sprawdziliśmy też, co na ten temat ma do powiedzenia Janusz Dąbka, szef Rejonu Dróg Wojewódzkich. – Nikt się nie spodziewał zaistnienia takich warunków. Trzeba było w związku z tym uzbroić się w cierpliwość. Musi być ściągnięty kierowca. Potem należy załadować samochód. To musi potrwać – tłumaczy.

