Nie wierzę piosence

- Irytuje mnie to, że zawsze kojarzono mnie tylko z muzyką rozrywkową. Wprawdzie napisałem około tysiąca piosenek, z których wiele było popularnych w Polsce, a niektóre za granicą, jednakże zawsze czułem się związany z muzyką klasyczną - mówił Szpilman.

Muzykę lekką pisał lekką ręką, w przerwach między ważnymi zajęciami. Uważał ją za coś mniej istotnego. Zapewne drastyczne wspomnienia z getta wyostrzyły ten jego pogląd. Wstrząsający opis ulicznych tańców, do których zmuszali wycieńczonych Żydów hitlerowcy (a muzyków Ø Ø do grania), znajdziemy nie tylko w "Pianiście", ale i w dzienniku Emanuela Ringelbluma, inicjatora bezcennego archiwum getta. Szpilman opisał też z całą mocą kontrast pomiędzy wnętrzem kawiarni, gdzie starano się zapomnieć o wojnie, a koszmarem tego, co działo się wokół. Jednak także koncerty muzyki poważnej - w tym Żydowskiej Orkiestry Symfonicznej, której powstanie i działanie było niewiarygodnym heroizmem (jak podaje Marian Fuks, Szpilman także wystąpił z nią kiedyś jako solista) - pozwalały inteligencji żydowskiej na oderwanie się od rzeczywistości. "Niemal nie sposób wyobrazić sobie, z jakim oddaniem wtedy próbowano, z jakim zapałem muzykowano" - pisał we wspomnieniach "Moje życie" Marcel Reich-Ranicki. Najbardziej kochano Beethovenowską "Pastoralną", zastępującą utracony kontakt z przyrodą. "Zabronić słuchać Beethovena - to przecież tak, jak zabronić cieszenia się słońcem" - pisał prof. Ludwik Hirszfeld, komentując nieprzestrzegany zresztą zakaz wykonywania w getcie muzyki aryjskiej. Szpilman próbował także w kawiarniane występy wplatać muzykę ambitniejszą, nawet całkowicie zakazanego Chopina.

