Pani Bobrowa z I piętra kupiła tuż przed wojną sklep i mieszkanie przy ul. Płockiej. Do samego powstania handlowała - jak to się mówiło - mydłem i powidłem. W październiku 1944 r. wyszła z Warszawy wraz z ludnością cywilną. Trafiła do Niemiec na roboty, pracowała u bauera. Po powrocie swojego sklepu już nie znalazła. Dom był spalony.

Był rok 1945, pani Bobrowa w poszukiwaniu lokum trafiła na Mokotów. Tu dogadała się z pewną kobietą. Ta odstąpiła jej lokal sklepowy na parterze Kamienicy i mieszkanie na I piętrze. Pani Bobrowa zapłaciła jej za to 51 tys. zł. - Mama była naiwna - żali się córka pani Bobrowej. - Pieniądze dała, pokwitowania nie wzięła, dzisiaj może by się przydało.

Tato pana Sosenka z II piętra mieszkał w Kamienicy od początku, od 1936 r., kiedy dom zbudowano. Tato pana Sosenka osobiście uczestniczył w budowie Kamienicy, był elektrykiem. W ramach rozliczeń z właścicielem dostał dwupokojowe mieszkanie - ale transakcję zawarto też na gębę, bez urzędowego poświadczenia.

Właściciel nazywał się Blanksztejn i wojny nie przeżył. Pan Sosenek z opowieści taty zapamiętał, że prawdopodobnie nikt z rodziny Blanksztejnów nie ocalał. Dlatego zdumiała go wieść, że Kamienicę oddano właścicielom. - Komu oddano? - wypytywał. W adeemie wzruszano ramionami. - To nie pana sprawa, panie Sosenek - wyjaśniła urzędniczka. - Pan tu nie jest stroną, a jedynie lokatorem najemnym. My nic panu nie ujawnimy, a już na pewno nie powiemy, kto odzyskał Kamienicę.

