- Panie Józefie, niech pan będzie spokojny, wszystko jest dobrze.

Zresztą wszyscy pracujący w kurii, i księża, i my, staraliśmy się żyć jak w jednej wielkiej rodzinie, którą kardynał Wojtyła nazywał "swoją parafią". Służyłem im wiernie i naprawdę cenili mnie. Arcybiskup Baziak to tak troszczył się o mnie, że jak raz jechaliśmy gdzieś zimą w tej naszej nieogrzewanej chevrolecie, to ni stąd, ni zowąd pyta mnie:

- A co panu?

A ja tak stukałem nogą o podłogę, bo mi z zimna całkiem stopy zdrętwiały, a z takimi nogami zamarzniętymi to ciężko auto prowadzić. Więc mówię Arcybiskupowi:

- A noga mi marznie, to próbuję ją jakoś rozgrzać. Przyjechaliśmy do Krakowa, wysiadamy z samochodu, a arcybiskup Baziak mówi do swojego kapelana:

- Księże Kapelanie, ja teraz wyjeżdżam na parę dni, ale jak wrócę, to pan Józef ma mieć kożuch i buty porządne! A pieniądze Ksiądz ma?

- Noo.

- Ma Ksiądz pieniądze?

- Mam, mam, tak, Księże Arcybiskupie, mam. Musiały być i buty, i kożuch. I kupili mi wszystko ks. Czartoryski z kapelanem. Ksiądz Arcybiskup wrócił i mówi:

- No! Teraz to jest kierowca!

A ten kapelan to był taki "śmieciarz"! Jego pokój to był istny magazyn śrub, śrubeczek, imadeł, imadełek, wiatraczków, wszystko tam było! Miał nawet malutką tokareczkę!

