Dziewczyna patrzy zaniepokojona, ale widząc, że się łagodnie do niej uśmiecha, opada z ulgą na dywan koloru jesieni i z wolna podciągnąwszy kolana, z twarzą przywaloną kipielą miedzianych włosów, zdaje się usypiać. I wtedy po raz pierwszy tego dnia Istvan chwyta dzwonienie cykad, do bólu przejmujące uciekanie czasu, nie do zatrzymania, bezpowrotne. Szklanka, którą podnosi do ust dygocącą ręką, uderza tępo o zęby i przejmuje Ø dreszczem przeczuć.

Kiedy już przygładziła spódnicę i rozglądała się niespokojnie, utykając w jednym sandale, Istvan, który pomagał w poszukiwaniach pod fotelem, parsknął głośnym śmiechem:

- Spójrz - sandał zawieszony na klamce zasłaniał dziurkę od klucza przed oczami służby.

- Żebyś mnie zabił, nie pamiętam, kiedy to zrobiłam - tłumaczyła się zawstydzona.

- Tym gorzej, jeśli masz takie odruchy.

- Nie dokuczaj - prosiła łasząc się, ocierając czołem o jego policzek.

Razem poszli do kuchni, przynieśli na wpół wystygłe potrawy. Odkorkował butelkę wina. Jedli przekomarzając się wesoło, pili wino i zaglądali sobie w oczy jak para zakochanych studentów.

- Dlaczegoś tak dziwnie na mnie patrzył?

- Na tym dywanie odkryłem cię na nowo, strasznie mi się podobałaś.

- E, pleciesz... Przecież mnie znasz do znudzenia; co tam nowego wypatrzyłeś?

- Wyglądałaś jak Ewa z flamandzkiego gobelinu.

- Lubisz ten dywan.

