– A przecież miejscy urzędnicy dość regularnie odwiedzają partnerskie miasto Makó, nigdy nie proponowano panu wyjazdu?

– Nie przypominam sobie o takim fakcie. Poza tym, ze względu na stan zdrowia, raczej z takiej okazji bym nie skorzystał, ale członkowie naszego towarzystwa z pewnością z chęcią by pojechali. Jednak do tej pory nikt z taką propozycją się do nas nie zwrócił...

– Ale jeśli mnie pamięć nie myli, to towarzystwo jest inicjatorem współpracy partnerskiej między węgierskim miastem Makó a Radomskiem?

– Tak, ale to wszystko w pewnym stopniu rozchodzi się po kościach. Nawet podczas pobytu oficjalnej delegacji z Makó na tegorocznych Dniach Radomska dziwnym trafem zostaliśmy zaproszeni do urzędu miasta o godzinę później, tak więc minęliśmy się w drzwiach z gośćmi z Węgier, gdy już kończyli spotkanie z prezydentem Jerzym Słowińskim... Czy to było celowe czy nie, to już teraz nieważne.

Mieliśmy też nadzieję, że korzystając z wyjazdów prezydenta i samorządowców uda się nam nawiązać bliższą współpracę ze szkołami z regionu węgierskiego. Chcemy dorobek towarzystwa komuś przekazać, ja mam już ponad 70 lat i wiem, że tylko młodzież może taką współpracę podtrzymać. Mimo naszych chęci, nikt tematu nie podjął.

A to przecież w zasadzie jedynie towarzystwo cały czas upowszechnia kulturę węgierską. To dzięki nam do Radomska zjeżdżają ambasadorowie, konsulowie z Węgier...

– A teraz zabrakło was w oficjalnej delegacji miasta Radomska do Makó na tradycyjne Święto Cebuli...

