- Od jak dawna?

- Od czasu okupacji...

- Ale tu je masz z powrotem, w metryce, i musisz ich używać w urzędowych papierach - powiedział oschle dyrektor i podsunął mi nowy blankiet do wypełnienia.

- Kiedy to jest stara metryka, którą mi odtworzono zaraz po wojnie. Teraz mam już inną, z obecnym imieniem.

- Gdzie ją masz? Dlaczego jej nie przyniosłeś do szkoły? Co to za niepoważny stosunek! - wołała Melania, znowu wyraźnie rozczarowana.

Ale i na tym się nie skończyło. W dwa tygodnie później wywołano mnie z lekcji i poproszono do dyskretnego pokoiku, przyległego do gabinetu dyrektora. Siedziało tam dwóch mocno zbudowanych facetów w zielonych płaszczach popelinowych. Przed nimi, na stole, leżały brązowe kapelusze.

- Potrzebujemy takich młodych ludzi jak wy. Wyrobionych, uświadomionych Ø. Po co wam studia? Niczego szczególnego was tam nie nauczą, tylko męka dla rodziców przez tyle lat. U nas dostaniecie darmo jedzenie, ubranie, spanie. Nie będziecie potrzebowali od starych ani grosza. A za małe dwa latka będziecie samodzielnym człowiekiem z porządną oficerską pensją. Ba, nie musicie nawet stawać tu do matury. No jak, odpowiada wam?

- Owszem, odpowiada - powiedziałem, niepewny, czy w ogóle miałem prawo powiedzieć co innego. - Nie wiem tylko, co na to moja mama... Bo ona uparła się, żebym poszedł na studia... Jest ambitna. W czasie okupacji bardzo się narażała, żeby mnie uratować...

