- Juścik, ojcowa krowa ale i nasza strata - rzekł do żony, która, że to Kuba przywiózł ziemniaki z pola, rzuciła łupanie drzewa i szła do woza.

- Doły jeszcze nie wyporządzone, to trza zesuć na klepisko.

- Kiej ociec mówili, żebyś na klepisku krowę z Kubą obdarł i wyporządził.

- Zmieści się i krowa, zmieszczą się i ziemniaki - szeptał Kuba, otwierając wierzeje stodoły na roścież.

- Ja ta nie jestem drzyk, cobym krowę obłupiał ze skóry - rzucił Antek.

I już nie mówili, słychać było tylko gruchot zsypywanych na klepisko ziemniaków.

Słońce zgasło, wieczór się robił, świeciły jeszcze zorze łunami zakrzepłej krwi i ostygłego złota i posypywały, na staw jakby pyłem miedzianym, że wody ciche drgały rdzawą łuską i szmerem sennym.

Wieś zapadała w mrokach i w głęboką, martwą ciszę jesiennego wieczora.

Chałupy malały, jakby się przypłaszczały do ziemi, jakby się tuliły do drzew sennie pochylonych, do płotów szarych.

Antek z Kubą zwozili ziemniaki, a Hanka z Józią uwijały się koło gospodarstwa, bo gęsi trza było zagnać na noc, to świnie nakarmić, bo z kwikiem cisnęły się do sieni i wsadzały żarłoczne ryje do cebratek, gdzie stało picie dla bydląt, to krowy wydoić, bo właśnie Witek przygnał resztę Ø z pastwiska i zakładał im za drabiny po garści siana, żeby spokojniej stały przy dojeniu.

