Moje niefortunne pudła przygnębiły mnie do reszty. Zawsze miałem pretensje, że jestem dobrym myśliwym, a od dzieciństwa nie rozstawałem się ze strzelbą, a tu wśród obcych zblamowałem się jak nigdy w życiu. Jakże inaczej strzelałem cietrzewie i pardwy z moich "hollandów", które pozostawiłem na wieczną zgubę w Petersburgu.

Poczciwy Staś Sierakowski pośpieszył mi z pomocą, by wyjaśnić moje niepowodzenia.

- Pokaż mi strzelbę - poprosił, a gdy podałem mu mojego mauzera, spytał ze śmiechem: - Gdzieś to świństwo wykopał?

- Ano w Gdańsku - odrzekłem zawstydzony.

- Chyba byłeś ślepy, kupując taką szkaradę. Z czego strzelałeś przed wojną?

- Miałem hollandy - odrzekłem.

- Jedyna rada - rzekł w końcu Staś po oględzinach mojej broni. - Każ sobie skrócić szyję na dobrych kilka centymetrów, albo jeszcze lepiej rzuć to świństwo do pieca, a co się nie spali - na śmietnik.

Przed obiadem wypito sporo kieliszków na moją cześć, jako "pierwszego strzelca na Litwie", a w czasie obiadu wznoszono toasty za moje zdrowie jako króla polowania z odwrotnego końca. Sława o moich niefortunnych strzałach pozostała w historii łowieckiej Waplewa.

