Gdyby tylko szło o gorzkawe natrząsanie się z nietrafionej (bo nieczytelnej w swym przesłaniu) przydrożnej reklamy, nie byłoby o czym pisać, ale pojawiła się we mnie zgoła inna refleksja - jak najbardziej na serio. Pytanie, które powinien (jak sądzę) postawić sobie każdy przed zmówieniem wieczornego pacierza, przy rachunku sumienia z mijającego dnia. Pytanie brzmi: czy mogę o sobie powiedzieć, że nadal jestem dobrym człowiekiem? Nikomu nie zaszkodziłem (nawet nieumyślnie), nie skrzywdziłem obmową, nie uraziłem czyichś uczuć? Czy - nawiązując do alegorycznego odczytania reklamy - nie stałem się „homo sapiens - sus”, czyli , rzecz nazywając po imieniu, nie zeświniłem się?Myślę, że ten problem zdecydowanie umyka uwagi. Iluż uniknęlibyśmy przykrych dla nas sytuacji, a i nie przyprawialibyśmy o zły nastrój innych, gdyby chęć bycia zwyczajnie człowiekiem była powszechna, a nie tak rzadka, jak jest.Pomysł, by zastanowić się nad sobą w porze odmawiania wieczornego pacierza jest - jak myślę - znakomity, bo po pierwsze, jako w zdecydowanej większości tłumnie nawiedzający w niedzielę kościoły, mający się za głęboko wierzących katolików, odmawiamy go co wieczór (sic!), a po drugie, dziękując Panu Bogu za mijający dzień, mamy okazję przeprosić Go za zaniedbywanie się w okazywaniu chrześcijańskiej miłości bliźniego, a im zaniechań jest więcej, tym gorliwiej prosić trzeba o siły, aby nie dopuścić się ich w dniu następnym.