Wykonywaliśmy różne łamańce, bo z każdej strony groziła nam przepaść. Ale nie daliśmy się" - szczerze wyznaje Spychalska. Chodzi o to, że związkowym posłom udało się zepchnąć na skarb państwa spłatę odsetek od pieniędzy zagrabionych "Solidarności" w stanie wojennym. OPZZ podzieliło się z "S" jedynie nieruchomościami. Odsetki zapłacą podatnicy.Spychalska odszukała jeszcze dwa sukcesy: powstanie Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych oraz nowelizację kodeksu pracy. Ubolewała jednak nad tym, że związkowcy nie chcą pracować w Radzie ds. Zatrudnienia czy radzie nadzorczej Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.Dalsze wynurzenia przewodniczącej są mgliste, gołosłowne, a chwilami humorystyczne: związkowcy "często wyręczają słabych albo trwożliwych dyrektorów" , "zaskakują swoją wiedzą i na ogół są odważniejsi od prezesów w rozmowach z ministrami" , samo OPZZ "robi bardzo dużo dla swych firm i zatrudnionych w nich ludzi, choć wiele załóg nawet z tego nie zdaje sobie sprawy" .Żeby nie przesłodzić, odchodząca szefowa przyznała się też do porażek: "Nazbyt miękko podeszliśmy do wyborów samorządowych, a przecież to samorządy ustalają ceny wody, ścieków, transportu publicznego" .Spychalską najbardziej denerwuje, gdy jej koledzy porównują poczynania OPZZ i "S" . Pisze: "To prawda, że w telewizji widzi się samą &gt;&gt;S&lt;. Aż człowiek boi się otworzyć lodówkę, bo i stamtąd może ona wyskoczyć. Natomiast trzeba posłuchać, czego ta &gt;&gt;S&lt; chce, o czym mówi? Stale słyszymy o akcji wyborczej. Czyli o co idzie? O walkę o władzę" - odkrywa Spychalska.