Przed godziną 23 ekipa rusza do centrum miasta. Dwa kursy samochodem i wszyscy lądują w pubie „Doom” przy Świętym Marcinie. Mija kilkadziesiąt minut i czterech chłopaków zmienia miejsce. Trafiają do Studio „Jack”. Kurs samochodem ze Świętego Marcina na Działyńskich trwa chwilę.— Byłem tam pierwszy raz i nigdy więcej tam nie pójdę — mówił jeden z kolegów dzień później. Nieprzytomny Marcin walczył wtedy o życie. Wszyscy jeszcze mieli nadzieję.— Dlaczego tam poszedł? — mama Marcina stawia dziś dziesiątki pytań, na które nie zna odpowiedzi. — Kiedyś o tym lokalu wypowiadał się bardzo źle. Mówił, że kojarzy się z narkotykami. Dlaczego tam się znalazł? — pyta.Około północy czterech studentów trafia do „Jacka”. Trwający właśnie Wielki Post ma niewielki wpływ na frekwencję w lokalu. Bawi się tam kilkaset osób. Wśród młodych ludzi dominuje typ Kena i Barbie. Nie brakuje stałych bywalców siłowni. To nie ulega wątpliwości, bo to widzieli koledzy. Około godziny 1 jeden z nich jedzie do domu. Około godziny 2 drugi spieszy się na nocny autobus. W lokalu zostaje Marcin z trzecim kolegą. Co się wydarzyło pół godziny później?Tego nikt nie wie na 100 procent. Pewne jest jedno: Marcin został trafiony kilka razy nożem w tętnicę szyjną. Gdzie? Przez kogo? Tego nie ustalono do dziś. W szpitalu nie odzyskał przytomności. Śmierć studenta poruszyła Poznań. Dwa tygodnie później prawie tysiąc młodych ludzi szło w marszu milczenia ze Starego Rynku na Piotrowo.