Reżyseria, dzieło Bogusławy Czosnowskiej, jest sprawna, postaci zarysowane są wiarygodne, wszelkie wątki humorystyczne są podkreślone, ale nie przeszarżowane. Znać rękę profesjonalisty w dziedzinie operetki. Scenografia nieżyjącego już Bolesława Kamykowskiego ładna, również ładne kostiumy Zuzanny Piątkowskiej, także już zmarłej wieloletniej współpracownicy krakowskiej operetkowej sceny. Balet w układach Krystyny Gruszkówny prezentował się dobrze, choć mała scena nie pozwala w pełni cieszyć się tanecznymi popisami. Dopisali też soliści.W partii tytułowej wystąpiła niezawodna Krystyna Tyburowska pięknie wahająca się pomiędzy głosem serca i poczuciem obowiązku. Partnerowali jej: w roli ocalałego z wojennej zawieruchy ukochanego Jan Wilga, a w roli szlachetnego, lecz opuszczonego w końcu męża - Jan Migała (to bardzo dobra rola wciąż rozwijającego się artysty). Śmialiśmy się z całego serca, gdy na scenie pojawiały się pary: Joanna Rakoczy (urocza Japoneczka) i Wojciech Wróblewski (jej narzeczony, a potem mąż) oraz Karin Kałucka (pokojówka) i Aleksander Żurawiecki (ordynans). Wszyscy czworo obdarzeni są wdziękiem, dobrze śpiewają i tańczą, sprawiają wrażenie, że obecność na scenie sprawia im radość. Cieszyliśmy się więc i my. Jedyny smutek rodziła świadomość, że obaj panowie występują gościnnie. A może by tak Wojciech Wróblewski powrócił na scenę, na której niegdyś zaczynał swą karierę?.Całość zespołu wykonawczego mogła zadowolić z jednym małym, choć ważnym wyjątkiem. Akustyka operetkowej sali dość mocno podkreśla brzmienie instrumentów dętych. Warto więc, by grały przypisane im dźwięki. Zastanawiałam się też nad dziwnymi chwilami harmoniami w walcu w III akcie. Ale może to przypadek. Wychodziłam w sobotę z dusznej sali operetki, nucąc sobie pod nosem. A o to przecież chodzi.