Wyprawę na "dach Afryki" dedykuję mojej żonie Ewie, synowi Piotrkowi i… Tomkowi.Urodziłem się zdrowy. Kiedy skończyłem trzynaście miesięcy, zacząłem stawiać pierwsze kroki. Dla wszystkich rodziców to zawsze jest święto, ale dla moich było ono podwójne, ponieważ ich pierwsze dziecko zmarło. Cieszyli się jednak zaledwie przez cztery tygodnie.Pierwsze objawy choroby były niewinne. Najpierw straciłem apetyt. Z opowiadań wiem, że nie chciałem nawet czekolady, za którą przepadam. Był sobotni wieczór, mama kąpała mnie w wannie, a kiedy mnie wyciągnęła i postawiła na ręczniku, przewróciłem się: raz, drugi, trzeci. Noga mi się mocno podwinęła, a ja nic. Zero bólu, krzyku, płaczu. Mama się przestraszyła i pojechaliśmy do lekarza. Po licznych badaniach stwierdzono, że zapadłem na chorobę Heinego-Medina. Poraziło mi lewą nogę. Prawa była wówczas sprawna, ale przez to, że ją nadwyrężałem, doszło do zwyrodnienia biodra. Coraz trudniej mi się było poruszać. Ktoś powie: "E tam, to tylko taka noga!". Nie, to nie jest tylko powykrzywiana noga, bo z tą nogą trzeba żyć, znosić szyderstwa i upokorzenia, godzić się na ograniczenia, które ze sobą niesie. Przez piętnaście lat każdego dnia pytałem: dlaczego ja? Potem wcale nie przestałem pytać, ale robię to już znacznie rzadziej.