Ileż było radości! ("Toć gdyby nie wiedzieli dokładnie, to by nie napisali!"). Wszystko co w naszych ciałach biło, tęskniło, krążyło - teraz zamierało z raptownej radości na myśl, że zaraz otworzą się drzwi...Ale - DO MIŁOSIERDZIA TRZEBA ROZUMU.W połowie lipca dozorca korytarzowy posłał pewnego starca z naszej celi do sprzątania klozetu i tam, w cztery oczy (nie zdobyłby się na to przy świadkach) zapytał, patrząc ze współczuciem na jego siwą głowę: "Z jakiego, artykułu, ojciec?" - "Z pięćdziesiątego ósmego" - ucieszył się stary, po którym płakały w domu trzy pokolenia. -"Nie podpadasz... " - westchnął strażnik. Bzdura! - powiedziano w celi. Strażnik po prostu się nie zna.W tej celi siedział młody kijowianin, Walenty (nie pomnę nazwiska) o wielkich, pięknych, kobiecych oczach. Był sterroryzowany śledztwem. Był to na pewno jasnowidz, może tylko dzięki ówczesnemu swemu podnieceniu. Nie jeden raz krążył rankami po celi i mówił: dziś wezmą ciebie i ciebie, widziałem we śnie. I brali! Właśnie tych! Zresztą dusza więźnia tak skłonna jest do mistyki, że na jasno widzenie reaguje prawie beż zdziwienia.27 lipca Walenty podszedł do mnie: -"Aleksandrze! Dziś kolej na nas". I opowiedział mi swój sen ze wszystkimi atrybutami snów więziennych: most nad ciemną strugą, krzyż. Zacząłem się pakować - i dobrze zrobiłem: po rannej herbacie wywołano nas obu. Cela żegnała nas serdecznymi życzeniami, wielu było przekonanych, że idziemy na wolność (z analizy naszych lekkich spraw to właśnie wynikało).