Przez następnych dwadzieścia minut słyszeliśmy jedynie dźwięk silnika samochodowego, szum opon na asfalcie oraz dźwięki wiolonczeli i skrzypiec brzmiących smętnymi ludowymi nutami pieśni z Appalachów.Czas nie mógł uleczyć wszystkich ran Stallmana, ale był jego sprzymierzeńcem.Nawet po czterech latach krytyka zapisana przez Raymonda w Katedrze i bazarze (The Cathedral and the Bazaar) tkwiła jak zadra w jego duszy. Boczył się także na Linusa Torvaldsa za zajęcie pozycji najsławniejszego hakera na świecie. Jeszcze dziś wspomina koszulkę typu T-shirt, która zaczęła się pojawiać na targach linuksowych w roku 1999. Zaprojektowano ją na wzór plakatu Gwiezdnych Wojen - z Torvaldsem wymachującym mieczem świetlnym jak Luke Skywalker i twarzą Stallmana na szczycie korpusu R2D2 . Ta koszulka wciąż gra mu na nerwach, nie tylko dlatego, że przedstawia go w roli pomagiera Linusa, lecz z tego powodu, że podnosi Torvaldsa do rangi przywódcy społeczności wolnego oprogramowani i oprogramowania open source, roli, której nawet on sam sobie nie przypisuje. "To śmieszne, że sam Torvalds nie zamierzał dzierżyć tego miecza - mówi z żalem. - Wszyscy uznali go za przywódcę ruchu, a on nie miał ochoty na walkę. Gdzie tu sens?"Oto R2D2 w całej okazałości - przyp. tłum.Ta niechęć Torvaldsa do "wzięcia w dłoń miecza" pozwoliła Stallmanowi zachować pozycję najwyższego arbitra hakerskiej etyki. Pomimo poczucia krzywdy Stallman musi przyznać, że kilka ostatnich lat to niezły czas dla niego samego i jego organizacji. Odsunięty na ubocze przez nieoczekiwany sukces GNU/Linuksa, zdołał jednak odzyskać inicjatywę. Od stycznia 2000 do grudnia 2001 odwiedził 6 kontynentów, wygłaszając wykłady w krajach, w których sprawy wolnego oprogramowania cieszą się zainteresowaniem, np. Chinach i w Indiach.