Rano piszę "Cztery dni w Lubelszczyźnie". O jedenastej spotykam się z Kaziem Wierzyńskim u Lardellego. Kazio ma tylko jedno zmartwienie - co myśli teraz Rydz-Śmigły. Pewno nic nie myśli. Po południu u Samotyhów na imieninach Neli. Zrobiła ogromne postępy w malarstwie, choć dopiero w tym roku wzięła pierwszy raz ołówek i pędzel do ręki - pierwsze jej rzeczy były malowane, jak malują dzieci. Dziwne to u osoby, która całe życie pisze i wykłada - i to bardzo dobrze - o sztuce plastycznej. Jest bardzo zdolna i wiele z niej - tak jak i z jej uroków - się zmarnowało. Wieczorem w kooperatywie, gdzie zeszło się parę drobnomieszczańskich kumoszek, nie mających pojęcia o spółdzielczości. I tam więc nie ma czym oddychać.2 VI 1937. ŚrodaRano piszę. O dwunastej u Józia Czapskiego z moimi rysunkami. Dość mi skonfrontować je z byle jakim szkicem prawdziwego malarza, abym poznała, że moje upodobania rysunkowe są tym samym, co u grafomanów upodobania do pisania. Mimo to po południu na przemian rysuję i piszę...4 VI 1937. PiątekPiszę, śpię, piszę, wieczorem idę z Bogusiem na "Króla Włóczęgów", wodewil oparty na życiorysie François Villona z rewolucyjno--ludową pieśnią "Dzieci Paryża", która budzi taki entuzjazm, że teatr ją trzy razy bisuje. Melodia jest z rodzaju, który mnie fascynuje jak "Marsylianka". Spotkałam w teatrze panią Sobańską, przedstawiłam jej Bogusia. Tak jej się podobał, że powiedziała mi do ucha: "Pani ma uroczego brata". Wracając do tej pieśni, ciekawe, jakie rzeczy budzą dzisiaj entuzjazm. Ten wodewil był trochę w stylu niektórych scen z "Nędzników", utworu także w stylu patetycznego wodewilu.