Spośród wszystkich zamachowców jedynie Nairi Unanjan nie zaprzeczał swojej winie.bulwar nafciarzyCzłowieka, który wkrótce miał zostać prezydentem Azerbejdżanu, spotkałem wczesną jesienią w secesyjnej, odrapanej kamienicy w bakijskim śródmieściu. Dzień był ciepły, lecz pochmurny i ponury, zacinał wiatr.“Elczibej”, bo tak mówiono o nim w całym kraju, nosił jeszcze wtedy nazwisko Abulfaz Alijew. Wkrótce jednak zaczął używać przydomka jako oficjalnego nazwiska. Elczibej, pan ambasador.Siedzieliśmy wtedy w ciemnym pokoju, on otulony grubym kocem na polowym łóżku, ja na drewnianym niewygodnym taborecie, i paląc rosyjskie papierosy bez filtra, rozmawialiśmy o polityce.Było wczesne popołudnie, w pokoju szaro, bo brudne zasłony nie przepuszczały światła. Od rozkręconych na cały regulator piecyków bił żar.Wszystko to za przyczyną Elczibeja, który trzeci już tydzień prowadził głodówkę. Nie pamiętam, czy protestował przeciwko przeprowadzaniu w Azerbejdżanie plebiscytu w sprawie zachowania Związku Radzieckiego, czy może domagał się zniesienia obowiązującego w Baku stanu wyjątkowego.Nawet na co dzień Elczibej przypominał nawiedzonego mędrca, pustelnika. Wtedy zaś, w marcu 1990 roku, sprawiał wrażenie zupełnie niesamowite. Mroczniało coraz bardziej i tylko gdy zaciągał się papierosem, widziałem w bladym, czerwonym świetle jego błyszczące od gorączki oczy, zapadnięte policzki i szpakowatą brodę. Przypominał mi świętobliwych mężów, których spotyka się w Indiach, pielgrzymów, którzy wyrzekłszy się doczesnego życia, wyruszają w ostatnią wędrówkę, mającą ich zbliżyć do zbawienia.