W domu przypinam go do kolekcji i naklejam pod spodem łacińską nazwę, którą wykaligrafowałem z mozołem. Potem dowiaduję się z podręcznika, że taki na naszej szerokości nie występuje. Przejęzyczenie znowu zbija mnie z tropu.Jesień spędzam nad wodą, rozlaną wokół spławika. Szuwary, brzeg przeciwległy, droga biegnąca po wyniesieniu wzdłuż topól, tatarak, w którym pewne gatunki lubią buszować, nawet czajka, ostrzegająca swym krzykiem - to wszystko, w przepisanej dawce, ma uspokajać. Złowioną rybę wpuszczam z powrotem do wody, a przedtem mierzę ją i ważę, oznaczam i klasyfikuję. Niekiedy zdarza się, że dane się powtarzają, jakbym wyciągnął bliźniaka lub, co gorzej, tę samą, już raz zmierzoną. Staram się tym nie zrażać, nawet w ławicy okazy są jednostkowe.I tak, nabrawszy ogłady wśród ryb i motyli, powoli wracam do świata tekstów i ludzi. Być może, nie zdobyłbym się na to ryzyko, gdyby nie moi mistrzowie, zawsze dodający otuchy. I oni odzyskiwali wiarę dzięki systematyce.Nigdy nie będę wypierał się wpływów, mimo że porównanie to jeszcze nie dowód. Zawdzięczam im wszystko i ostatecznym probierzem moich ingerencji będzie nieodmiennie pytanie, czy Es, czy S tak by napisał? Pytanie bez litości, wiem, że powinienem był więcej przerabiać, cierpliwiej - i kiedy sięgam do archiwum, prawie zawsze oblewa mnie rumieniec wstydu nad niedoskonałością wyrazu. Czasami jednak widzę, że zdanie wytrzymało próbę, jakby wyjęte z ich kanonu, z Zapisków albo Opowiadań - i wtedy czuję prawdziwą rozkosz, jak chciał Es, znak prawidłowej lektury, mrowiącej w krzyżu - chwilowa ulga, nagroda w ciągłej pogoni za niewyrażonym.