Patrzyła na Istvana z troską, aż uśmiechnął się do niej.- No, nie bądź taka zmartwiona, dam sobie radę.Jednak nie odpowiedziała uśmiechem, widział, że coś rozważa. Trójkąt w wykroju sukienki polśniewał od potu. Okno zasłonięte paliło się żółto, na dworze czekała spiekota przejmująca odrazą.Gdy wszedł pod namiot pnączy porastających werandę, usłyszał w mieszkaniu tupot bosych, zrogowaciałych stóp i wrzaski.- Sab! Sab przyjechał!Kucharz otwierał drzwi - długa postać w pocerowanej koszuli, wyrzuconej na wierzch - na nogach miał półbuty, które nigdy nie zaznały łaski pasty i szczotki, i dla wygody wypruł z nich sznurowadła. Rozkosznie wygodne spadały z nóg, dlatego Pereira nie chodził, tylko suwał stopami z godnością.- Przyszedł list - meldował. - Były dwa telefony, od tego malarza, on jeszcze zadzwoni.Nawet nie musiał pytać, list leżał przy nakryciu oparty o flakonik z kwitnącą gałązką. Był pewny, że z Budapesztu, od Ilony, aż zdziwił go znaczek indyjski.Znowu jakieś zaproszenie czy prośba? List wypadł mu z palców na stół. Poszedł się najpierw wykąpać.Dopiero jedząc pomału kleistą, żółtozieloną potrawę z patatów, ryżu i cebulowego sosu, sięgnął po kopertę i rozciął nożem. Kucharz opowiadał rozwlekle o sporze z Sikhami z sąsiedztwa. Wysypywali z dachu śmiecie na podwórko i sikali na świeżo obsadzone rabatki.- A to, sab, pali kwiaty - już był gotów posłać sprzątacza po parę sflaczałych i pocętkowanych floksów na dowód.