- Też tak miałem, jak przyjechałem pierwszy raz.- Znaczy jak?- No że przejechałem cztery tysiące, a nie trzysta.Wszyscy nas wyprzedzali, a góry wcale się nie przybliżały. Wydawało mi się, że stoimy w miejscu. Zwłaszcza w porównaniu z całą resztą. Prawie każdy coś wiózł. Beczki, toboły, skrępowane barany na przyczepach. Wyprzedziłem furmankę. Zaprzęg gnał ostrym kłusem. Powoził czarny mężczyzna.Na wozie siedziała trójka dzieciaków. Obejmowały za szyję brązowe źrebię. Pomachały nam.- Ale szybko się człowiek przyzwyczaja. Ty myślisz, że jak Austriak albo Niemiec do nas wjeżdża, to co? Sra w gacie i tyle.Ja nie srałem, tylko nie mogłem sobie wyregulować ostrości. Może od tego kurzu. Bo w gruncie rzeczy było tak samo jak wszędzie. Tylko więcej osłów, mniejsze konie i furki też takie bardziej dziecinne. Miały z tyłu numery rejestracyjne. Ale niektóre na przykład żółte, angielskie. Przy wyjeździe z miasta dzieciarnia handlowała światowym asortymentem. Mieli amerykańskie i arabskie.Po prawej, w oddali wśród pól stała ogromna hala. Coś jak terminal dla ciężarówek. Była czarna i długa na kilkadziesiąt metrów i przez całą tę długość ciągnął się ogromny czerwony napis "dargesiv". Wokół było zupełnie pusto. Na drodze wiodącej do hali wylegiwały się psy. Też czarne. Tak mi się wydawało. Nieruchome i wielkie. Podobne do świń.