Szedł mocno zamyślony. Wydawało mu się, że w jakimś programie przyrodniczym w telewizji widział już takie drapieżne spojrzenie, ale za nic na świecie nie mógł sobie teraz przypomnieć, co to było za zwierzę. A jak zadał sobie pytanie, jakie być mogło, odpowiedź nasunęła mu się natychmiast: kobra!Szelemontało mu się co prawda po głowie, że kobra ma jakieś te oczy niewielkie, ale pewności nie miał. Był za to pewien, że jakby zobaczył taką kobrę w ataku, odczuł by to samo, co dziś gdy spojrzał Jurkowi w oczy.Drzwi nie były zamknięte. Kaziuk wszedł do salonu. Na kanapie siedziała pani domu, a obok niej... wąż. Kaziuk wybałuszył oczy, wrzasnął krótko, acz głośno i padł bez zmysłów.Helena spokojnie wstała i poszła po męża: – Przyszedł twój najlepszy przyjaciel, nie dzwonił do furtki ani do domu, wlazł pijany do salonu, wrzaskiem przestraszył Paszczę i zemdlał. Ocuć go albo co.I dodała: – Ja mu kiedyś zrobię coś złego...Pogotowie przyjechało dość szybko. Lekarz wysłuchał wyjaśnień uroczej pani domu. Akurat przyjechała koleżanka ze swoim zwierzątkiem – wężem boa. Bardzo nieśmiały, w dodatku zestresowany zmianą otoczenia zwierzaczek właśnie poznawał nowe terytorium, gdy raptem wdarł się do środka podpity przyjaciel pana domu i, wystraszywszy wrzaskiem węża, zemdlał. Łapiduch obejrzał – na wszelki wypadek z daleka – sprawcę omdlenia, którego właśnie koleżanka Heleny, uprzednio wywabiwszy zza kanapy, umieszczała w terrarium, i pojechali.